Krótkofalowcy (czyli radioamatorzy) pojawili się w eterze niemal w tym samym czasie, co komercyjne stacje Marconiego. Jednak ich historia to fascynująca opowieść o tym, jak kara za zakłócanie wojska doprowadziła do największego odkrycia w historii radiokomunikacji.
Można to podzielić na trzy kluczowe etapy:
1. Era garażowych wynalazców (ok. 1900 – 1912)
Gdy Marconi i inni pionierzy udowodnili, że radio działa, schematy budowy nadajników iskrowych szybko trafiły do prasy. Młodzi pasjonaci, głównie w USA, zaczęli budować własne nadajniki w szopach i na strychach.
Używali do tego absolutnie wszystkiego, co wpadło im w ręce – doskonałym źródłem wysokiego napięcia okazały się na przykład cewki zapłonowe z pierwszych samochodów Ford Model T. Podobnie jak stacje Marconiego, ich prymitywne nadajniki potwornie „siały” po całym paśmie. Ponieważ nie było wtedy żadnych przepisów, amatorzy notorycznie zagłuszali Marynarkę Wojenną i komunikację statków ze stacjami brzegowymi.
2. Zesłanie na „bezużyteczne” pasmo (1912r.)
Wracamy do Titanica. Katastrofa z 1912 roku wymusiła uporządkowanie eteru. W Stanach Zjednoczonych wprowadzono ustawę Radio Act of 1912. Wojsko i wielkie korporacje wzięły dla siebie najlepsze (ich zdaniem) pasma – czyli fale długie i średnie. Uważano wtedy, że im dłuższa fala i potężniejsza moc nadajnika (jak gigantyczne alternatory mechaniczne), tym większy zasięg.
Aby pozbyć się problemu amatorów, nie zakazano im działalności, ale zesłano ich na fale o długości 200 metrów i krótsze (czyli na częstotliwości powyżej 1,5 MHz) oraz drastycznie ograniczono im moc nadawania. W tamtym czasie inżynierowie byli przekonani, że fale krótkie rozchodzą się tylko w linii prostej i tłumią się po kilku czy kilkunastu kilometrach. Wojsko myślało: „Wyrzućmy ich tam, niech sobie gadają w obrębie jednego miasta i nie zawracają nam głowy”.
3. Wielkie odkrycie i triumf (lata 20. XX wieku)
Amatorzy, zmuszeni do pracy na „bezużytecznych” falach krótkich, zaczęli eksperymentować. Ponieważ ich sprzęt opierał się już coraz częściej na nowoczesnych lampach elektronowych (generujących czystą falę ciągłą, a nie iskry), zaczęli zauważać coś niesamowitego.
Sygnały, które miały zanikać po kilku kilometrach, nagle były słyszalne na drugim końcu kontynentu! Krótkofalowcy empirycznie udowodnili istnienie zjawiska propagacji jonosferycznej. Odkryli, że fale krótkie odbijają się od naelektryzowanych warstw atmosfery (jonosfery) i wracają na ziemię tysiące kilometrów dalej.
Zwieńczeniem tego był listopad 1923 roku, kiedy to francuski amator Léon Deloy i amerykański amator Fred Schnell nawiązali pierwszą dwustronną, amatorską łączność transatlantycką na falach krótkich, używając do tego ułamka ułamka tej mocy, jakiej potrzebowały gigantyczne stacje komercyjne na falach długich.
Efekt?
Rządy i wojsko natychmiast zorientowały się, że zignorowane przez nich fale krótkie to żyła złota. Szybko zaczęto zabierać amatorom te częstotliwości, wyznaczając im jedynie wąskie „wycinki” (dzisiejsze pasma amatorskie, np. 80 m, 40 m, 20 m), które pasjonaci z powodzeniem wykorzystują do łączności międzykontynentalnych aż do dziś.
