Po 1945 roku świat znów się podzielił, a w Polsce nastały czasy, w których za nielegalne słuchanie zachodniego radia można było trafić do więzienia. O swobodnym kupnie sprzętu nadawczego nie było nawet mowy. Jak w państwie, które kontrolowało każdą sferę życia i bało się wolnego słowa, zdołało odrodzić się krótkofalarstwo? Odpowiedź brzmi: dzięki wojskowemu demobilowi, genialnej inżynierii i sztuce kamuflażu.
1. Zasznurowany eter (Lata stalinowskie)
Zaraz po wojnie Polski Związek Krótkofalowców próbował się odrodzić, ale władza ludowa szybko ukręciła temu głowę. Do 1956 roku (okres stalinizmu) posiadanie prywatnego nadajnika w domu graniczyło z cudem. Władza bała się szpiegów i tzw. „wrogów ludu”. Komunistyczny aparat bezpieczeństwa (UB/SB) dokładnie sprawdzał każdego, kto interesował się radiem.
2. Koncesja za „użyteczność” (Złoty patent na władzę)
Jak więc krótkofalowcy wrócili na pasma? Znaleźli lukę w systemie. Państwo potrzebowało wykwalifikowanych telegrafistów i radiotechników na wypadek III wojny światowej. Utworzono organizacje paramilitarne – najpierw Ligę Przyjaciół Żołnierza (LPŻ), a później Ligę Obrony Kraju (LOK). Krótkofalowcy weszli w te struktury. Zamiast nadawać z prywatnych domów (szeków), gromadzili się w ściśle kontrolowanych stacjach klubowych. Zawarli z władzą niepisany pakt: „Pozwólcie nam nawiązywać łączności, a my w zamian za to wyszkolimy wam darmowych operatorów dla wojska”. PZK odrodziło się pod koniec lat 50., ale musiało lawirować pod czujnym okiem państwa.
3. Złom, czołgi i lutownice: Skąd brano sprzęt?
W bloku wschodnim pójście do sklepu po gotowy, lśniący transceiver z Japonii czy USA było absolutną abstrakcją. Granice były zamknięte, a zachodnie urządzenia kosztowały fortunę (jeśli w ogóle dało się je przemycić). Jak więc budowano stacje?
- Wojskowy demobil: Polscy pasjonaci masowo wykupywali wycofywany sprzęt z Ludowego Wojska Polskiego i Armii Radzieckiej. Ciężkie, pancerne radiostacje z czołgów i wozów dowodzenia (jak słynne R-105 czy odbiorniki US-9) trafiały na klubowe biurka.
- Samoróbki i inżynieria ekstremalna: To właśnie wtedy wykuła się techniczna potęga polskich krótkofalowców. Operatorzy zmuszeni byli budować własne urządzenia niemal od zera. Elementy pozyskiwano z wojskowych złomowisk, rozbierano stare radia, nawijano własne cewki i „kombinowano” lampy elektronowe. Polak musiał być wybitnym inżynierem, żeby w ogóle wejść na pasmo.
4. Eter bez granic
To, co działo się na pasmach, było dla państwa nie do upilnowania. Mimo kontroli i cenzury, krótkofalowcy nawiązywali łączności z całym światem – z operatorami z USA, Wielkiej Brytanii czy Australii. Dla wielu z nich, zamkniętych za Żelazną Kurtyną, fale radiowe były jedynym paszportem i jedynym sposobem na przekroczenie granic szarego, komunistycznego świata.
