Skoro Polski Związek Krótkofalowców (PZK) powstał dopiero w 1930 roku, a do globalnego IARU dołączyliśmy w 1932 roku, to kto bronił polskich pasjonatów na najważniejszej konferencji radiowej w Waszyngtonie w 1927 roku? Odpowiedź jest aż nazbyt brutalna: Nikt. Byliśmy tam zdani wyłącznie na łaskę globalnych „hakerów” z innych krajów.
Delegacja w garniturach, a nie przy kluczach telegraficznych W 1927 roku w Waszyngtonie Polska była oficjalnie obecna. Problem polegał na tym, że reprezentowali nas urzędnicy Ministerstwa Poczt i Telegrafów (MPiT) oraz oficerowie wojska. Pamiętajmy, że II RP dopiero co odzyskała niepodległość. Polskie państwo traktowało eter jak surowiec strategiczny i nową linię frontu. Polska delegacja pojechała do USA z jednym celem: zająć jak najwięcej częstotliwości dla naszego wojska, raczkującego lotnictwa i wywiadu. Krótkofalowcy („radiowi piraci” z lutownicami w piwnicach) byli dla władzy wrzodem na ciele. Rząd w Warszawie uważał, że częstotliwości należą do państwa i nikt nie miał zamiaru o nie prosić dla hobbystów.
Globalny sojusz, który uratował Polaków Polscy pasjonaci (działający w lokalnych, rozproszonych klubach m.in. we Lwowie czy Poznaniu) nie mieli w Waszyngtonie żadnego przedstawiciela. Jak to się więc stało, że nie stracili eteru? Uratowała nas nowo powstała międzynarodówka – IARU. To amerykańscy, brytyjscy i francuscy delegaci IARU lobbowali i naciskali na własne rządy, by te wymusiły na całym świecie jednolity podział fal. IARU wygrało tę batalię dla całego świata. Kiedy podpisano ostateczny Traktat Waszyngtoński, znalazł się tam zapis, że pasma m.in. 80m, 40m i 20m zostają globalnie oddane w ręce amatorów. Polski rząd, chcąc być częścią cywilizowanego świata i międzynarodowego prawa telekomunikacyjnego, musiał pod tym traktatem złożyć podpis.
Międzynarodowy bat na polskie ministerstwo To był punkt zwrotny. Nagle, dzięki zagranicznym kolegom, polscy krótkofalowcy dostali do ręki potężny argument. Mogli pójść do rządu i powiedzieć: „Podpisaliście traktat w Waszyngtonie, który gwarantuje pasma dla amatorów. Przestańcie nas traktować jak szpiegów i zacznijcie wydawać legalne licencje!”.
Ministerstwo Poczt i Telegrafów ugięło się, ale postawiło warunek: Rząd nie będzie rozmawiał z tysiącem pojedynczych, anonimowych „piratów”. Musicie stworzyć jedną, oficjalną organizację, która za was poręczy.
I właśnie to wydarzenie – konieczność dogadania się z rządem, który został przyparty do muru przez prawo międzynarodowe – było prawdziwą iskrą, która zmusiła polskie kluby do zjednoczenia. Tak w 1930 roku wykuł się Polski Związek Krótkofalowców. Dwa lata później weszliśmy do IARU, mając już oficjalny, państwowy status i własne, legalne miejsce w eterze.
